Od rana było z każdą chwilą coraz ciekwiej, może dlatego że zbliżaliśmy się do Alp. Najpierw widok na górę, która do złudzenia przypominała nam Giewont, potem osły z dredami, widoki na ośnieżone Alpy w dali. Jechaliśmy cały czas wzdłuż Aary - lasem. W Thun chcieliśmy zwiedzić zamek, ale okazało się, że wstęp jest na tyle drogi, że chyba nie było warto. Za Thun twórcy ścieżki postarali się wrażenia, musieliśmy przejechać po moście z kratki, a kilkadziesiąt metrów w dół szumiała Aare. Niezłe, ale ciarki przechodzą. Za Spiez kąpaliśmy się w Thunsee, ale niestety czuć było że jesteśmy w górach - woda zimna jak diabli. Po postoju zaczynają się coraz solidniejsze podjazdy i zaczyna się psuć pogoda, a po jakimś czasie zaczyna solidnie lać. Po drodze zwiedzamy wodospady Giessbach, trzeba powiedzieć, że bardzo ładny widok, dodatkową atrakcją jest możliwosć wejścia mostkiem pod sam strumień wodospadu. Zjazd do Meiringen, gdzie znajduje się pomnik i muzeum Sherlocka Holmesa. Kupujemy chleb za 2,8 CHF brrr, te ceny. Przy okazji spotykamy małego Polaka mieszkającego od kilku lat w Szwajcarii. Czujemy że mały bardzo tęskni za Polską. Nocujemy w Innertkirchen. Gospodarza znajdujemy o dziwo 300 m od pola namiotowego. Najpierw dostajemy miejsce pod namiot, chwilę potem zjawia się gospodyni i proponuje nam pokój... Dostajemy również możliwość ugotowania sobie jedzenia na ich gazie. Dostajemy polecenie - rano nie będzie gospodarzy, więc po prostu mamy wyjść z domu, i zamknąć za sobą drzwi. Zaufanie Szwajcarów do zupełnie obcych ludzi rozbraja nas. Najciekawsze jest to, że w tym domu nikt nie mówił po angielsku :-)